studentka-w-poznaniu

studenckie życie studentki ;)

Dlaczego jutro protestuję?

0

Strajk Kobiet

Kochani! Jutro Czarny Poniedziałek. Słyszał o nim chyba każdy, zarówno osoby po jednej, jak i drugiej stronie „barykady”. Kobiety, mam nadzieję że w towarzystwie wielu mężczyzn, wychodzą, by bronić po prostu siebie i swojego życia. Nie będę jednak opisywać, z jakiego powodu organizowany jest strajk. W tym celu przeczytajcie sobie proponowaną ustawę albo poczytajcie gazety Ja chciałabym wam opowiedzieć, dlaczego ja się tam zjawię i dlaczego będę protestować.

Pro-choice

Wolność to jedno z podstawowych praw każdego człowieka. Oznacza przede wszystkim możliwość wyboru swojej ścieżki i decydowania o sobie, o swoim życiu i przyszłości. W ramach tej wolności każdy z nas podejmuje w życiu jakieś decyzje, czasami lepsze a czasami gorsze. Piękne jest jednak to, że MAMY taką możliwość. I dlatego właśnie ja wbiję się jutro w czarne ciuchy i zawitam na Placu Mickiewicza w Poznaniu.

Pewnie spora część osób pro-life uważa, że kobiety strajkujące przeciwko ustawie Ordo Iuris zapewne usunie ciążę, jeśli pojawią się jakieś problemy. Zapewne pojawiają się głosy o egoizmie i braku uczuć. I tu tkwi ich podstawowy błąd w myśleniu. Bo ja, a podejrzewam, że nie jestem w moim myśleniu sama, wcale nie twierdzę, że usunęłabym ciążę w przypadku, gdyby pochodziła ona z gwałtu, byłoby zagrożone moje zdrowie czy też płód byłby uszkodzony. Nie twierdzę też, że nie usunęłabym jej. Dlaczego? Bo zwyczajnie tego nie wiem i nie mam prawa tego wiedzieć. Wychodzę z założenia, że dopóki nie staniesz przed taką decyzję sam i nie zmierzysz się sam w swoim sumieniu z możliwymi konsekwencjami – to nie masz za grosz prawa do decydowania o tym, jaką decyzję byś podjął. A już na pewno daleka jestem od oceniania kobiet, które taką ciążę usunęły lub też nie. Tak samo nie chcę oceniać kobiet, które usunęły ciążę za granicą, bo zwyczajnie nie mogą z różnych powodów lub też nie chcą mieć dzieci. Bo to był ich wybór, którego miały prawo dokonać. To one mierzą się z konsekwencjami takiego wyboru. I to jest ich prawo.

Dlaczego więc jutro wychodzę na ulicę? Paradoksalnie nie tylko po to, by bronić prawa do aborcji. Ja idę po to, by bronić prawa kobiety do dokonania WYBORU swojej ścieżki. Chcę bronić WOLNOŚCI kobiet. Jeżeli będę chciała urodzić chore dziecko lub też zdecyduję się na usunięcie ciąży, jeżeli zdecyduję się urodzić dziecko z gwałtu lub też zaryzykuję swoje życie – to niech to będzie tylko i wyłącznie decyzja moja i ewentualnego partnera, z którym miałabym to dziecko mieć.

Nie chcę być zakładnikiem własnej ciąży. Nie chcę być do niczego przymuszana. Chcę móc podjąć własną decyzję. Czy żądam aż tak dużo?

Narodziny wiedźmy – opowiadanie

4

Stworzyłam coś, co być może warto jest pokazać światu. Dlatego, choć dawno tutaj nie zaglądałam, postanowiłam podzielić się moim opowiadaniem, napisanym po naprawdę długiej przerwie. Nie ukrywam, że jest ono (tak mi się na ten moment wydaje, choć kobieta podobno zmienną jest) zapowiedzią mojego powrotu do regularnego pisania :)

Niech Was nie zniechęci długość – podobno czyta się szybko.

Narodziny wiedźmy

Słońca nie widziała już od bardzo dawna. Nie miała pojęcia, czy jest dzień, czy też może zapadła noc. Tak naprawdę zaczynała już zapominać nawet, jaka jest pora roku. Bo jakie to właściwie znaczenie miało tutaj, w tym ciemnym, zatęchłym lochu, w którym z nie wiadomo jakiego powodu trzymano ją od wielu dni, a może nawet tygodni. W którym nie było światła, a zapach odchodów jej własnych i zapewne poprzednich „lokatorów” unosił się dookoła, przenikając przez jej włosy, resztki ubrania jakie jej zostawiono i skórę. Gdzie podawano jej zatęchłą wodę i czerstwy chleb przez zasłoniętą klapkę przy podłodze, zapewne czekając tylko, aż od głodu, smrodu i braku światła odejdą jej zmysły. Nie – tutaj zdecydowanie czas nie miał najmniejszego znaczenia. Wegetacja w tym miejscu nie była jednak najgorsza. Gorsza była perspektywa tego, co słyszała za ścianą, a co na razie mogła sobie wyobrażać.

To właśnie tam, za grubymi, zimnymi murami zarówno po lewej, jak i prawej stronie roznosił się dźwięk, jaki wiele razy przejmował ją wręcz paraliżującym strachem, dając zapewne jedynie nikłe wyobrażenie tego, co ją czekało. Zaczynało się pozornie łagodnie. Najpierw, w pokoju na lewo rozlegał się zgrzyt klucza. Zamek musiał być trochę przerdzewiały, gdyż osoba, która przekręcała kluczyk prawie zawsze mocowała się z nim przez chwilę i przeklinała głośno. Potem tylko głośne szuranie ciężkich krzeseł, stukanie ciężkich buciorów i rozmowy zbyt ciche, aby mogła się czegokolwiek domyśleć. Czasami dochodziło zza lewej ściany tylko gromkie: „Jesteś służebnicą diabła!” lub „Przyznaj się, a Bóg jedyny na pewno ci wybaczy!”. Potem rozlegały się jakieś ciche, a potem coraz głośniejsze szlochy, a zdarzały się przypadki, kiedy do płaczu dołączały jeszcze kobiece krzyki i zapewnienia o niewinności. Było to jednak tylko preludium do tego, co działo się, kiedy zamek w drzwiach po lewej znowu zgrzytał, w pokoju robiło się zamieszanie, głosy cichły i zostawał jedynie płacz i kobiece wołanie o pomoc, stopniowo przechodzące na prawą stronę…

Znowu zgrzytał zamek i szurały o podłogę najwyraźniej ciężkie drzwi. Od razu też wzmagały się krzyki, zarówno żeński – pełny przerażenia i takiego bólu, jakby samo ciało już cierpiało niesamowite męki, jak i męskie – mocne i nie znoszące sprzeciwu. I nagle wszystko zanikało, by ustąpić miejsca kolejnym podniesionym głosom nawołującym do skruchy i nawrócenia. Potem rozlegało się zgrzytanie mechanizmów, aż w końcu pierwsze, z początku ciche jęki. Nie mijało jednak zaledwie kilka chwil, a każdy kąt wypełniał się wrzaskiem, płaczem, kolejnym wrzaskiem i kolejnym, czasami cichszym, a potem znowu głośniejszym szlochem.

Za pierwszym razem to było jak nóż w serce. Tak jakby ktoś wbijał jej sztylet na tyle głęboko, aby odczuła niewyobrażalny ból, ale jednocześnie na tyle płytko, aby cały czas mogła żyć. Cierpienie, które współodczuwała z tamtą kobietą, wydawało się o wiele gorsze od bólu fizycznego, jakiego, to wiedziała na pewno, sama niedługo miała doznać. Z początku łapała się za głowę, prawie wyrywając sobie te tłuste i brudne pozostałości po jej pięknych, długich niegdyś blond włosach. Czołgała się po lochu, płacząc, przeklinając, waląc w ściany, a czasami nawet krzycząc, nie wiadomo czy nie głośniej od wyczerpanej kobiety za ścianą. Z czasem opadała bez sił na podłogę, najczęściej razem ze szlochem i cichymi, ale dziwnie świetnie słyszalnymi słowami dochodzącymi zza ściany po prawej – „Przyznaję się”.

Jak wiele razy to słyszała? W pewnym momencie przestała po prostu liczyć. I, choć przecież wydawało się zawsze, że w jej przypadku jest to niemożliwe, przestawała też czuć. Wrzaski, płacze i szlochy powoli, ale stopniowo nie wywoływały już u niej żadnej reakcji, stały się codziennością. Potem zapadała tylko w niespokojny sen, albo raczej traciła przytomność, odcinając się od tego wszystkiego, co działo się za ścianą. I wtedy, niekiedy, płynęła z powrotem do świata, który był jej przecież tak dobrze jeszcze niedawno znany, a mimo wszystko wydawał się wręcz snem…

 

            Znowu była z nim, czuła upajającą, kwiatową woń jego ubrań i ciepły dotyk. Z jej księciem z bajki, z osobą, z którą chciała spędzić resztę życia. Czuła się bezpieczna i kochana, a tak miało być do końca życia. On obejmował ją czule, skradając co jakiż czas pocałunki. Była z nim zarówno ciałem, jak i duszą. Mogła do woli wtulać się w niego i zapominać o całym świecie. Bo przecież będąc z nim niczego nie musiała się bać…

Przebudziła się z nieprzyjemnego letargu, w jaki ostatnio coraz częściej zapadała. Znowu… Znowu stało się to samo. Kolejny raz czuła ten żal, gniew i tęsknotę zarazem. Tęsknotę za życiem, które straciła bezpowrotnie. I choć, biorąc pod uwagę jej obecny stan, wydawało się to nieprawdopodobne – paradoksalnie właśnie to było najgorsze. Świadomość, że straciła wszystko, co kochała, wszystko, na czym kiedykolwiek jej zależało po prostu ją zabijała. Wspomnienia radości i bezpieczeństwa, tak niedawnych, a jednocześnie tak nierealnych z perspektywy jej obecnego położenia, były gorsze od ciągłego głodu, unoszącego się z każdego kąta smrodu, a nawet od perspektywy fizycznego bólu, który, jak podejrzewała, dopiero nadciągał.

Już kolejnego dnia, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo przebudziła się z pełnego koszmarów snu, zamek w jej drzwiach głośno zgrzytnął i drzwi zaczęły się z oporem otwierać. Do środka wszedł rosły mężczyzna o kamiennej twarzy i ciemnych, pozbawionych jakichkolwiek uczuć oczach. Spojrzał na nią oschle, a na jego wysokim czole na sekundę pojawiła zmarszczka – jakby przez chwilę się czegoś obawiał. Szybko jednak twarz się wygładziła i mężczyzna podszedł do niej stanowczym krokiem, cały czas jednak wpatrując się prosto w jej twarz. Pochylił się nad nią, krzywiąc się lekko zapewne z powodu smrodu, jakim bezsprzecznie cuchnęła, szarpnął za ramiona i postawił na nogi. Kolana jej się ugięły pod ciężarem własnego ciała, ale mężczyzna nie zwrócił na to większej uwagi i pchnął ją w stronę wyjścia. Potknęła się o własne nogi i upadła na zimną posadzkę tuż za wejściem. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, to zaschnięte, brunatno – czerwone plamy, jakimi usłany był cały korytarz. Dookoła unosił się również słodkawo-mdlący zapach, od którego, choć spędziła wiele dni wśród smrodu własnych odchodów, zebrało jej się na wymioty. Przed oczami stanęły jej te dziesiątki, jeśli nie setki ludzi, którzy zostawili tutaj po sobie te ślady…

 

- Wstawaj, wiedźmo! – usłyszała nagle tuż nad swoją głową. Ktoś pociągnął ją za włosy do góry. Z jękiem wstała i rozejrzała się dookoła. Oświetlony małymi i nielicznymi pochodniami korytarz był ponury i przerażający. Najgorsza była chyba jednak grobowa cisza – wydawało się, że prócz niej, mężczyzny, który wyciągnął ją z celi i jeszcze dwóch innych wartowników, nie ma tam dosłownie nikogo. Ale w tym samym momencie dotarło do niej coś jeszcze – to, jak nazwał ją strażnik…

- Wiedźma? – szepnęła tylko ledwo słyszalnie, bo głos uwiązł jej w gardle. Dlaczego? Jak? – tylko takie pytania kołatały jej się po głowie. Odpowiedź miała jednak uzyskać dopiero po kilkunastu minutach. Na razie ciągnęła się ciężko, otoczona swoimi „opiekunami”, zastanawiając się jednocześnie, jaką to śmierć dla niej wymyślą. Bo niczego więcej już się chyba nie mogła spodziewać.

Wchodząc, brudna i w łachmanach, do sali pełnej ludzi, wcale nie czuła wstydu. Nie zwracała uwagi ani na to, że sukienka ledwo trzymała się na ramionach i odsłaniała pół pleców, że cuchnęła niemiłosiernie i była boso. Nie słyszała wyzwisk rzucanych w jej stronę, gniewnych i pełnych pogardy spojrzeń, ani strachu wymalowanego na twarzach dzieci. Widziała tylko jedno – te piękne, brązowe oczy, które niegdyś, chyba w poprzednim życiu, tak pokochała. Te oczy, które kiedyś patrzyły na nią z miłością, a teraz były tylko puste, jakby nagle zmieniły właściciela. Mężczyzna patrzył na nią, ale wydawało się, że jej nie dostrzega – jakby nie widział w niej tej, której przysięgał miłość, dla której przecież miał zrobić wszystko.

Żaden mięsień nie drgnął na twarzy tego, którego pokochała i którego gdzieś tam wciąż kochała całym sercem. Właśnie ta miłość utrzymywała ją przy życiu przez te wszystkie dni tam, w tym ciemnym pomieszczeniu, choć dotąd nie zdawała sobie z tego sprawy. Całe to cierpienie, cały ból – mogła znieść wszystko, łudząc się, że go jeszcze odzyska. Ale dopiero teraz, widząc tę ukochaną, ale równocześnie tak obcą sobie twarz i te zimne oczy, zaczęła do niej docierać ta straszna prawda…

Właściwie nie słyszała tego, co do niej mówili. Kilka razy docierały do niej jakieś słowa o czarownicach, ich zgubnym wpływie na młodych ludzi i społeczeństwo. Często też słyszała coraz głośniejsze pomruki ludzi dookoła, ale już ich nie rozróżniała. Nie obchodziło ją, co mówią, co krzyczą, ani o co ją oskarżają. Nie miało znaczenia, czy była dla nich tylko cuchnącą kobietą w łachmanach czy też straszną czarownicą, której nienawidzili z całego serca. Nic nie miało znaczenia, skoro ona czuła, że umiera. Zabijały ją te zimne, brązowe oczy, które patrzyły gdzieś ponad jej głową, ale tak naprawdę chyba nie widziały nic.

- Czarownico! – Krzyk jakiegoś sędziwego mężczyzny siedzącego w odległości jakiś pięciu metrów od niej nagle przywrócił ją do rzeczywistości. Spojrzała na niego zaskoczonym wzrokiem. Wcześniej nawet nie zauważyła jego obecności. – Czy przyznajesz się do tego, że tego oto młodzieńca szlacheckiego pochodzenia – Tu wskazał na jej byłego kochanka. – Omamiłaś czarami i uwiodłaś, a następnie próbowałaś, również przy pomocy czarów nakłonić do ożenku?

Zamarła. Przed oczami stanęły jej te wszystkie chwile, kiedy to ona właśnie uciekała, bała się tego związku, zbywała jego zaloty. Jak w końcu pozwoliła sobie wytłumaczyć, że ich miłość nie jest przecież niczym złym, a on zrobi dla niej wszystko… A teraz to ona podobno go uwiodła.

- Czy przyznajesz się do tego, że podstępnie otrułaś szlachetnego ojca tegoż młodzieńca i doprowadziłaś do jego przedwczesnej śmierci?

- Nie! – krzyknęła na tyle głośno, na ile potrafiła. Jej cienki głosik rozniósł się po cichej już teraz sali. Przecież nie miała nawet pojęcia, że ten przemiły starszy pan, ojciec jej wymarzonego dotychczas mężczyzny, nie żyje. Jak więc miała go zabić? – Nie jestem czarownicą, nie umiem czarować. Ja…

- O tym my zdecydujemy. – Przerwał jej spokojnym głosem mężczyzna, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co powiedziała.

- Ale ja nic nie zrobiłam! Nie możecie mnie skazać za to, że kogoś pokochałam!– krzyknęła z mocą, o jaka nawet siebie nie podejrzewała. – I za to, że wydawało mi się, że ktoś pokochał mnie… – dodała już dużo cichszym głosem i spojrzała mu prosto w oczy.

Wydawało jej się, że na moment rysy jego twarzy drgnęły – jakby człowiek, którego kochała na tę jedną chwilę przebudził się ze snu. Spojrzał prosto na nią oczami pełnymi bólu i jakiegoś niedowierzania. Otworzył na chwilę usta, ale zaraz je zamknął, przybierając na nowo kamienny, wyzuty z emocji wyraz twarzy.

Spuściła tylko głowę, znowu zatapiając się we własnych myślach. Kłębiło się w niej tyle sprzecznych myśli, szargały nią najróżniejsze uczucia – również takie, o jakie wcześniej nawet siebie nie podejrzewała. Z jednej strony miłość i resztka umykającej nadziei. Przecież nie mogła tak po prostu uwierzyć, że on przestał ją kochać z dnia na dzień, to wydawało się nierealne, niemożliwe wręcz… A z drugiej strony zaczęła w niej kiełkować czysta nienawiść, gniew, jakiego nigdy wcześniej u siebie nawet nie podejrzewała. Żal, głębokie poczucie oszukania i rozpacz stworzyły w niej coś, a raczej kogoś, kto dotychczas nie istniał, a kto coraz bardziej przebijał się do świadomości.

Nagle została postawiona na nogi i pociągnięta przez parę silnych rąk. Nie miała siły poruszać nogami, ani nawet spojrzeć na to, co działo się dookoła, więc po prostu zawleczono ją wzdłuż sali, która znowu rozbrzmiała dzikimi wrzaskami tłumu. Ale ona była głucha na wszystkie obelgi i wyzwiska rzucane w jej stronę. To nie miało znaczenia. Nic już tak naprawdę nie miało znaczenia.

Tym razem nie została wprowadzona do „swojej” sali. Stanęli przed ciężkimi, okutymi żelazem drzwiami, które odprowadzający ją wartownik z jękiem pchnął. Od razu rozpoznała to charakterystyczne skrzypnięcie, które przecież już tyle razy słyszała. Mimo wszystko naprawdę zaczęła się bać, a po całym ciele przeszły ją dreszcze. Znowu usłyszała te wszystkie jęki, wrzaski i błagania kobiet, które przed nią zostały tu przyprowadzone. Wepchnięto ją do środka, gdzie, na środku sporej, ale źle oświetlonej komnaty stał już mężczyzna. Wyglądało na to, że czekał, aż przyjdzie i stanie przed nim, bezbronna jak nigdy wcześniej. Nogi ugięły się pod nią, gdy ktoś z tyłu pociągnął za jej suknię. Już i tak wystrzępiony materiał puścił od razu. Stała na środku komnaty całkowicie naga, ale ze strachu nie była w stanie nawet podnieść rąk, żeby choć trochę się zasłonić. Mężczyzna naprzeciwko patrzył na nią zimnym wzrokiem, nie okazując ani krzty współczucia czy jakichkolwiek innych emocji. Nagle podszedł do niej szybkim krokiem, szarpnął za ramię i pociągnął na krzesło znajdujące się tuż przy palenisku tuż za jego plecami, a którego wcześniej jakoś nie zauważyła.

- Gdzie sąd? Chcę z nimi porozmawiać… – Przecież pamiętała, że wcześniej właśnie w tej sali rozlegały się jakieś głosy.

- Zabiłaś szlachcica. Jak już przyznasz się do winy to ich zawołamy– odpowiedział szorstko, podnosząc coś z ziemi za jej plecami.

- Ja nic nie zrobiłam! – krzyknęła z przerażeniem, patrząc jak stawia jakiś ciężki kloc z dwoma dziurami tuż przy jej nogach. – Nic nie zrobiłam, słyszysz?! Nie jestem czarownicą! – krzyczała, patrząc z przerażeniem, jak zamyka w ciężkim uścisku jej nogę i wkłada stopę do jednej dziury. – Zostaw! Co ty robisz?! – krzyczała, przerażona. Przecież wiedziała, co się dzieje. Nie raz słyszała krzyki tych przerażonych kobiet, do których za chwilę miała dołączyć. Patrzyła z niedowierzaniem, jak mężczyzna wkłada do środka drugą stopę, po czym zamyka mechanizm i naciska dźwignię…

Wrzasnęła tak głośno, jak nigdy siebie nie podejrzewała. Wśród jej krzyków słychać było trzaskające stawy, a potem łamane kości – najpierw te mniejsze, delikatniejsze, a potem te większe, które dłużej dawały opór naciskającemu ze wszystkim stron imadłu.

- Przestań, proszę! – krzyczała, czując, jak z jej policzków spływają łzy.

- Uwiodłaś młodego pana przy pomocy czarów? – W odpowiedzi wrzasnął jej kat prosto do ucha.

- Nie, nic nie zrobiłam. Kocham go! – krzyczała, mimo wszystko cały czas broniąc swoich przekonań.

- Czy to szatan pomógł ci go uwieść? – Pytał dalej kat, jeszcze bardziej zaciskając imadło.

Po sali rozniósł się jeszcze głośniejszy wrzask i łkanie. Ból był nie do zniesienia, ale ona nie miała zamiaru się poddać.

- Kocham go… A on pokochał mnie i nikt mu w tym nie pomógł – powiedziała przez zęby, choć na chwilę tłumiąc łkanie. Czuła jednocześnie, że drży na całym ciele, jak w gorączce. Serce biło jej szybko, jakby w oczekiwaniu na to, co jeszcze ją spotka. Wtedy właśnie poczuła, jak mężczyzna łapie ją za rękę i kładzie dłoń na poręczy. Niewidzącym wzrokiem patrzyła, jak bierze jej kciuk i wkłada do jakiejś małej metalowej poręczy. Zadając te same pytania, co poprzednio, zaciskał ją wokół jej kciuka, jednocześnie go zgniatając.

Kiedy skończył z jej obiema dłońmi, wziął rozgrzane do czerwoności szczypce i zaczął ich końcówkę powoli, jakby upajając się tą chwilą, wbijać w jej brzuch. W tym momencie żółć podeszła jej do gardła i zwymiotowała, na swoje i jego nogi. To go tylko rozjuszyło. Odrzucił pręt, bojąc się najwyraźniej za szybko ją zabić, i uderzył ją z całej siły pięścią w twarz. Jęknęła tylko, nie mając już siły krzyczeć. Półprzytomna, poczuła, jak w jej ustach zbiera się krew. Zamachnął się po raz drugi i trzeci, za tym ostatnim razem celnie trafiając w nos. Poczuła nieznośny ból w całej głowie i ciężko złapała oddech, krztusząc się krwią. Mężczyzna zamachnął się po raz czwarty i pewnie ten cios pozbawiłby ją choć na chwilę przytomności, przenosząc na moment do świata bez bólu, ale w tym momencie rozległo się donośne pukanie. Mężczyzna przeklął głośno, odszedł od niej i jednym ruchem otworzył ciężkie drzwi. Wymienił kilka słów z kimś na zewnątrz. Po chwili wrócił do niej.

- Twoi sędziowie już na ciebie czekają. Chyba tym razem są spragnieni mocnych wrażeń – wycedził, a jej, choć ledwo widziała przez zapuchnięte powieki, zdawało się, że nawet się uśmiechnął.

Kiedy wyciągał jej nogi z imadła, myślała, że umrze. Razem z jakimś drugim mężczyzną złapali ją, a raczej jej poranione ciało, pod pachy i pociągnęli w kierunku drzwi. Ona tylko opuściła głowę i pozwoliła, by krew przemieszana z żółcią skapywała na brudną posadzkę. Tak, właśnie dołączyła do dziesiątek, jeśli nie setek kobiet, które zostawiły tutaj po sobie ślad. Jej rozczochrane włosy lepiły się od potu, wypalona rana na brzuchu paliła niemiłosiernie, jej twarz była opuchnięta i przekrwiona, a stopy i dłonie… Ból, jaki w nich czuła, prawie odbierał jej zmysły. Ale chyba najgorsze było to, co działo się w środku. Nie miała już przeszłości, nie widziała swojej przyszłości, było tylko tu i teraz – ciągnące się jakby w nieskończoność tortury i jej ciągłe odpowiedzi „Nie, nie jestem czarownicą”. Ona sama, wszystko to, czym kiedykolwiek była, powoli odchodziło w niepamięć. Każda rana fizyczna była odbiciem tego, co działo się w jej wnętrzu. Jej dusza po prostu się rozpadała.

Kolejne drzwi skrzypnęły i weszli do jeszcze większej komnaty. Tam mężczyźni rzucili ją na zimną podłogę.

- Czy przyznajesz się do uwiedzenia młodego panicza oraz otrucia jego ojca, który nie chciał zgodzić się na wasz ożenek i…

- On się zgodził… – wyszeptała, ledwo łapiąc oddech. Spojrzała do góry na trzech starszych mężczyzn nad nią. Wyraźnie na chwilę osłupieli z wrażenia. – Jego ojciec zgodził się, abyśmy się pobrali. To…

- Milcz! – krzyknął te po prawej. – Odpowiadaj – czy przyznajesz się do użycia czarów i zwiedzenia niewinnego chłopaka? Masz ostatnią szansę!

- Nie jestem czarownicą! – wrzasnęła, na ile pozwalały jej zapuchnięte usta i krew, którą wciąż pluła.

- Kacie, kontynuuj – powiedział mężczyzna po lewej i wszyscy trzej usiedli na wysokich, obitych aksamitem krzesłach po prawej stronie. Naprzeciwko urządzenia, które czekało na nią.

Kiedy posadzono ją na nabitym rozżarzonymi do czerwoności kolcami krześle, poczuła, jak wszystkie jej mięśnie krzyczą. Kolce wbiły się w każdą część jej ciała, powodując ból wręcz nie do zniesienia. Pasami przywiązano ją mocniej do siedzenia, aby nie poruszała się w czasie kolejnych tortur. Niepotrzebnie zresztą – po tym, co dotychczas przeszła, nie miała już siły się ruszać. Nawet naturalne odruchy organizmu zostały stępione. Słyszała, jak z tyłu ktoś rozdmuchuje ogień, jeszcze bardziej rozgrzewając kolce. Wbijały się w jej skórę, mięśnie i ścięgna. Krew była wszędzie – spływała po jej karku, placach, udach i łydkach. Jej łono było wręcz rozerwane. Spod zapuchniętych, sinych powiek wypłynęły łzy – ale na nic więcej nie było ją stać. Czuła jak umiera. Ale powolna śmierć fizyczna, ból i cierpienie, jakiego doznawało jej ciało sprawiały, że coś się w niej złamało. Równocześnie z ciałem, gdzieś tam umierała osoba, którą była.

Spojrzała po raz ostatni na jej oprawców. Wszyscy trzej, pozornie niegroźni staruszkowie, patrzyli na nią z mieszaniną odrazy i znudzenia – w końcu coś takiego widzieli już nie pierwszy raz w życiu. Wtedy zdała sobie sprawę, że przecież nie jest pierwszą, ani na pewno nie ostatnią kobietą, która tutaj kona. Że będą ich jeszcze setki. Że i one, niesłusznie oskarżone, być może również tylko za to, że odważyły się naprawdę kochać – i one zostaną w ten sam sposób ukarane. Zostaną nazwane czarownicami tylko dlatego, że odważyły się być inne. Bo zdecydowały się na coś, co być może inni boją się zrobić lub też po prostu są na to zbyt tchórzliwi.

W momencie, kiedy to do niej dotarło, przestała czuć ból. Wszystko, co do tego pory przeżyła – męki poranionego ciała i połamanych kości, obelgi, a przede wszystkim zniszczone uczucie sprawiły, że wezbrał w niej gniew, który do tej pory gdzieś głęboko chowała. Poczuła czystą, nieskrępowaną niczym nienawiść, która w połączeniu z żalem za utraconym szczęściem i chęcią natychmiastowej zemsty dała mieszankę, która po prostu musiała gdzieś ujść. Poczuła, jak coś przestawiło jej się w głowie. Całe jej ciało rozpaliło się, jakby dostała gorączki. Z zadowoleniem zauważyła zaskoczenie i lęk na twarzach staruchów. Przerażone oczy mężczyzny pośrodku były ostatnim, co widziała.

Naraz dookoła niej zrobiło się biało. Blask, jaki wystrzelił z jej ciała, oślepił wszystkich dookoła. Rozległ się głośny huk, trzask łamanych mebli, stłumione krzyki, szum i cisza. Tak samo jak nagle zrobiło się jasno, tak teraz zapadła kompletna ciemność. A ona nie widziała ani nie czuła już nic.

 

Ocknęła się i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Dookoła było cicho i ciemno. Powoli wszystko zaczęło do niej wracać. Równocześnie zdała sobie sprawę, że już nic jej nie boli, nie ma skrępowanych rąk i nie krwawi. Natychmiast wstała z jej narzędzia tortur. Nie poczuła nawet jednego ukłucia. Wciąż była brudna i naga, ale, co nie ulegało wątpliwości, żywa. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, rozejrzała się dookoła. Wśród szczątków mebli zaczęła dostrzegać jakieś powyginane ciała. Ten widok ani jej nie przeraził, ani nie wzruszył. Ona nie czuła już nic. Z obojętnym wyrazem twarzy odwróciła się i skierowała do otwartego już wyjścia, pozostawiając być może jeszcze żywych mężczyzn samych sobie. Zostawiła za sobą jednak nie tylko zniszczoną salę tortur oraz oprawców. Tam, na tym obitym kolcami krześle, zostało wszystko to, czym kiedykolwiek była. Jej przeszłość, uczucia, jakimi obdarzyła wielu ludzi, jej dobrać i miłość. Wyszła z tej brudnej komnaty fizycznie cała i bogatsza w magiczną moc, jaką miała dopiero odkrywać, ale jednocześnie dotkliwie okaleczona.

Ta miła i spokojna, a przede wszystkim głęboko kochająca dziewczyna umarła, nie doczekawszy swojego cudu. Narodziła się za to potężna, na dodatek żądna zemsty wiedźma.

Co się stało tego wieczoru, kiedy dzwoniłaś na pogotowie?

- Siedziałam przy mamie, tak jak w ciągu kilku poprzednich dni. Tym razem od początku wydawało się, że jest coś nie tak. Była bardzo osłabiona, praktycznie się nie odzywała, tylko przewracała się z boku na bok, najwyraźniej nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Poszłam do swojego pokoju, przespać się chwilę – przez kilka poprzednich dni kiepsko sypiałam, cały czas byłam na tabletkach uspokajających. Kiedy się obudziłam, poszłam do mamy, ale ona była już praktycznie półprzytomna, cała zimna i strasznie spocona. Siedziałam przy niej i obserwowałam, jak jej klatka piersiowa urywanie podnosi się i opada. Bałam się, że za chwilę przestanie oddychać. Pamiętam, że byłam cała roztrzęsiona, nie wiedziałam, co robić. Zadzwoniłam do przyjaciółki, a ona zadała mi jedno z najgorszych pytań w całym moim życiu – czy chcę, by mama umarła w domu…

Co odpowiedziałaś?

- Byłam przekonana, że nie dam sobie z tym rady, że to będzie dla mnie po prostu za dużo. Co miałam zrobić – pójść spać, by rano obudzić się, wiedząc, że moja mama leży w pokoju martwa? Po paru dniach przyglądania się, jak powoli odchodzi, jak niknie z każdą godziną, byłam już psychicznym wrakiem, sytuacja po prostu mnie przerosła. W końcu zadzwoniłam… Przyjechał ten sam lekarz, który był u nas zaledwie trzy dni wcześniej. Mama miała tak niskie ciśnienie, że sanitariusze nie mogli go nawet zmierzyć. Lekarz spojrzał tylko na nas i stwierdził, że skoro już zadzwoniliśmy, to weźmie mamę do szpitala.

A jak potraktowali was na Izbie Przyjęć?

- Niestety, jeszcze gorzej. Kiedy już tam z tatą dojechaliśmy, pierwszym pytaniem po około godzinie oczekiwania na jakiekolwiek wieści, było czemu przywieźliśmy mamę, skoro chciała umierać w domu. Dopiero po tłumaczeniu, że jeszcze miesiąc wcześniej całkowicie normalnie funkcjonowała i to wszystko tak szybko się potoczyło, babka chyba zrozumiała, że nie chciałam się po prostu pozbyć umierającej matki z domu. Załatwiła nawet mamie łóżko na oddziale paliatywnym, żeby, jak to ujęła, nie umierała na korytarzu na wewnętrznym.

Uważasz, że podjęłaś słuszną decyzję, dzwoniąc po karetkę?

- Tak, bo moja mama nie odzyskała już przytomności po tym, jak trafiła do szpitala. Pewnie nawet nie wiedziała, gdzie jest, a przynajmniej miała kroplówki i stałą opiekę lekarską. Zmarła zaledwie dwa dni później. I choć mnie przy tym akurat nie było, podobno się uśmiechnęła, gdy wydała ostatni oddech. Mam nadzieję, że po tylu latach ciężkiej choroby, w końcu odzyskała spokój.

A ty go odzyskałaś?

- Przeżyłam ogromną traumę, przez wiele tygodni miewałam koszmary, w których widziałam mamę w okropnym stanie. Na dodatek pogrzeb odbył się w moje urodziny… Pochowałam mamę w dniu, w którym ona dała mi życie. Wydaje mi się, że to wszystko długo jeszcze będzie we mnie siedzieć, ale iskierka nadziei gdzieś się tam tli – bo przecież ja żyję dalej, prawda?

Zaczęło się!

2

socialImgUn

Kochani głosowanie na Bloga Roku 2014 ogłaszam za otwarte! :)

Jeżeli podoba Wam się mój blog i chcielibyście, by skromna studentka zaistniała w „wielkim świecie”, oddajcie na mnie swój głosik ;)

Zasady są proste – jako że biorę udział w dwóch kategoriach (Tekst Roku oraz Blog Roku w kategorii Życie i społeczeństwo) możecie wysłać na mnie aż dwa sms-y! Numer jest ten sam  - 7122, koszt to zawsze 1,23 zł i cała kwota zostanie przekazana na fundację Dzieci Niczyje.

Aby zagłosować na mojego bloga w treści sms-a wpisujecie C11665 – więcej informacji pod linkiem: 
http://www.blogroku.pl/2014/kategorie/studentka-w-poznaniu,c0t,blog.html

Aby zagłosować na wpis Mój pierwszy pierwszy listopada, w treści sms-a wpisujecie T11988  - więcej info na 
http://www.blogroku.pl/2014/kategorie/malj-pierwszy-pierwszy-listopada,c6u,tekst.html

Głosowanie trwa do 10 lutego, a więc macie cały tydzień, by zagłosować!

socialImgUn (1)

Studentka z góry pięknie dziękuje za każdy wysłany sms :)

Dlaczego biorę antykoncepcję?

3

W związku z dyskusją o EllaOne na nowo rozgorzał także temat antykoncepcji. Oczywiście, najczęściej na temat jej wad oraz zalet (zarówno etycznych, jak i medycznych) wypowiadają się osoby zdaje się najbardziej zainteresowane całą kwestią – czyli księża. Postanowiłam więc opisać parę powodów, dla których ja biorę od dłuższego czasu antykoncepcję hormonalną – bo ją biorę i nie mam zamiaru tego ukrywać.

Po pierwsze – wygoda i wolność.

I to jest chyba jeden z najważniejszych powodów. Dzięki braniu tabletek antykoncepcyjnych czuję się wolna. Mogę robić, no cóż, co chcę i kiedy mam na to ochotę ;) Nie martwiąc się jednocześnie o to, czy mam przy sobie popularną „gumkę”, czy też nie, czy może się nie zasunie, czy nie pęknie. Mam prawie 100% pewności, że nie zajdę w ciążę, co zapewnia też niemały komfort psychiczny, szczególnie dla osoby takiej, jak ja – którą generalnie nie jest trudno zestresować.

Po drugie – pewność.

Tak jak już wspomniałam, mam praktycznie całkowitą pewność, że nie zajdę w ciążę. Oczywiście, zdarzają się wypadki, kiedy ten rodzaj antykoncepcji okazuje się nieskuteczny – jednak jeśli, tak jak  w moim przypadku, antykoncepcję zażywa się regularnie od około dwóch lat, byłoby to naprawdę baaardzo trudne i można by to wtedy spokojnie nazwać „cudem” ;)

Po trzecie – zdrowie.

Paradoks? Dla większości hierarchów Kościoła pewnie tak ;) Krąży plotka, że branie antykoncepcji hormonalnej zwiększa ryzyko zachorowania na raka piersi. Nie raz rozmawiałam o tym z moją ginekolog, gdyż u mojej mamy jeszcze przed czterdziestką wykryto tę chorobę, przez co mogę być na nią bardziej narażona. Pani doktor wytłumaczyła mi to bardzo prosto – owszem, są badania, które tak mówią, może to jednak wynikać także z tego, że kobiety, które zażywają antykoncepcję hormonalną zwyczajnie częściej się badają. Bo to prawda –  zapewne u mojej ginekolog nie bywałabym tak często, gdyby nie fakt, że po prostu muszę się do niej co jakiś czas zgłaszać. A dzięki temu mam regularnie robione USG. Co więcej, o czym wiele osób zapomina, ten rodzaj antykoncepcji często jest stosowany przy leczeniu małych torbieli na jajnikach – czego ja sama jestem najlepszym przykładem, gdyż mój torbiel sam się dzięki nim wchłonął i uniknęłam pobytu w szpitalu ;) Jedynie w przypadku kobiet poniżej dwudziestego piątego roku życia, które faktycznie posiadają gen, który zwiększa ich szanse na zachorowanie na raka piersi – tabletki antykoncepcyjne faktycznie mogą zwiększyć na to szanse.

Niedawno usłyszałam fragment wypowiedzi pewnego polskiego arcybiskupa temat EllaOne oraz ogólnie tabletek hormonalnych. Stwierdził on, że Kościół nigdy nie zaakceptuje antykoncepcji hormonalnej zarówno ze względów etycznych, jak i zdrowotnych – gdyż wpływa ona negatywnie na cały organizm kobiety. Genialne! Naprawdę, w życiu bym nie pomyślała, że tabletki HORMONALNE mogą wpływać na cały organizm kobiety! Ale poważnie – jeszcze nie spotkałam dziewczyny, która nie zdawałaby sobie sprawy z ich skutków ubocznych. Na każdą z nas wpływają jednak inaczej – ja nie odczuwam praktycznie żadnej różnicy, ale mam znajome, które tak źle się po nich czuły, że po prostu  z nich zrezygnowały. I o to właśnie chodzi – o możliwość zwykłego, ludzkiego wyboru.

O tak zwanych tabletkach „trzy dni po” celowo się nie wypowiadam – wystarczy przeczytać kilka opinii lekarskich, by przekonać się, że one wcale nie wywołują poronienia, a zwyczajnie zapobiegają zapłodnieniu. Ale według niektórych lepiej ich zabronić, bo podobno zabijają nienarodzone dzieci. I niech dziewczyny ściągają tabletki z Internetu, narażając przy tym własne życie – wtedy wszyscy będą zadowoleni.

Taki sobie dziwny stan

2

Dość zabawny okres mam ostatnio w życiu. Generalnie czuję się taka, jakby to powiedzieć, podjarana. Ale nie, w tym wypadku nie chodzi mi o żadne używki ;) Bardziej o pewien stan umysłu, jaki mnie ostatnio ogarnął.

Dość ciężko to wytłumaczyć. Choć wielu moich znajomych pewnie by tak nie powiedziało, mam taki charakter dość depresyjny – często wpadam w tzw. „dołki”, wszystko wydaje mi się złe, zaczynam myśleć, że nic mi się w życiu nie udaje i w ogóle, że jakaś siła wyższa chyba się na mnie uwzięła, bo czuję się tak okropnie. I na dodatek chciałabym, by wszyscy także się nade mną użalali, przytulali, pogłaskali po główce, co wcale tak naprawdę by mi chyba nie pomogło, ale na chwilę dało ulgę.

Ostatnimi czasy, jak już na początku napisałam, coś się jednak zmieniło. Tak, wciąż mam chwile załamania, ale zazwyczaj trwają one chwilę i jakoś mijają. Wydaje mi się, że powodów takiego zachowania może być kilka. Po pierwsze, mam tyle pracy na aktualnie, jak by nie patrzeć, dwóch kierunkach studiów, że nie mam za bardzo czasu zastanawiać się nad moim „nędznym życiem”, w pracy też jestem cały czas zajęta i nie ma czasu na długie godziny dumania, tak jak miałam w poprzedniej firmie. Po drugie, wiem, że mój chłopak (od którego pewnie oberwie mi się za pisanie o nim na blogu :D) raczej nie należy do osób, które zaczną się nade mną użalać, a wręcz odwrotnie – zdenerwuje się, że beczę i zmusi mnie do ogarnięcia się. Przez co, swoją drogą, będę jeszcze  bardziej płakać, ale koniec końców przyznam mu rację.  A po trzecie, no cóż, może w końcu dały o sobie znać godziny spędzone u psychologa, na którego wydałam już pewnie całą fortunę (generalnie wolę nie liczyć) ;)

Niestety mam taki głupi charakter, że pojawiają się w mojej głowie pytania, kiedy ten stan się skończy. Choć niewielu o tym wie, czasami traktuję życie jak takie koło fortuny – jak jest źle to czekam aż będzie lepiej, a jak jest dobrze, to zastanawiam się, kiedy może nadejść to złe. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało dla normalnych osób, w mojej ślicznej główce pojawia się strach, że skoro teraz czuję się dobrze, to kiedy będzie tez „zły” czas?

Podobno nie ma ludzi normalnych, ani nienormalnych – każdy jest po prostu „jakiś”. W takim wypadku ja zdecydowanie jestem „jakaś dziwna” ;)

Pozdrawiam wszystkich którzy tu zaglądają :)

Po prostu pisać…

2

Podobno w życiu każdego pisarza (albo kogoś takiego jak ja – kto lubi pisać, ale niekoniecznie uważa się za Wielkiego Artystę) istnieją momenty zarówno bogate w twórczość, kiedy moglibyśmy całymi dniami siedzieć nad kartką bądź klawiaturą i po prostu  tworzyć,  jak i czasy stosunkowo znacznie smutniejsze, kiedy nie potrafimy sklecić ani jednego zdania. U mnie od paru miesięcy trwa chyba ten drugi właśnie okres.

Nie chodzi mi w tym momencie o bloga  - ta forma twórczości daje mi możliwość dzielenia się myślami, spostrzeżeniami z większą ilością osób. Częstotliwość pisania nie zależy w tym miejscu raczej od weny twórczej, a bardziej od chęci, czasu, jaki mogę na pisanie poświęcić i od pomysłów, którym czasami zwyczajnie brakuje.  Zanim zaczęłam pisać tego bloga,  często zdarzało mi się tworzyć coś, co wielu nazwie pewnie nic nie wartymi bazgrołami, ale dla mnie stanowiły one idealną odskocznię od codzienności, a przede wszystkim coś, co stworzyłam sama, bez niczyjej pomocy. Coś, co było wyłącznie moje.

Zdarzało mi się pisać zarówno dłuższe, jak i dłuższe formy prozy. I choć nie zajęłam nigdy w żadnym konkursie miejsca, jakoś się tym nie przejmowałam – zawsze uważałam, że pisać można wiele lat, a kiedyś może w końcu uda mi się coś na tym polu osiągnąć. Parę miesięcy temu coś jednak we mnie pękło… Od dawna nie napisałam żadnego opowiadania. Miewałam nawet jakieś pomysły, ale wszystko kończyło się na tym, ale napisałam parę stron, zazwyczaj dwie-trzy i to było wszystko. Dalej nie potrafiłam nic wymyślić, a tak naprawdę chyba nawet za bardzo się nie starałam.

Cały czas zastanawiam się, jakie są powody tego, że jestem tak zablokowana. Czy śmierć mamy wstrząsnęła mną tak głęboko, że nie potrafię się otworzyć? Częściowo to może być prawda, bo od dłuższego czasu próbuję żyć z tą traumą. Może też brak czasu nie pozwala mi się dostatecznie skupić? Czego jednak najbardziej się boję, to chyba tego, że ja już się skończyłam – że po tym młodzieńczym zapale już nic nie zostało, że czas jakiegoś rozkwitu mojej wyobraźni się skończył i już nigdy nie wróci. Zawsze obiecałam sobie, że do końca życia pozostanie we mnie coś z dziecka, że nie wyzbędę się wyobraźni i marzycielstwa. A co, jeśli wraz z dojrzewaniem to wszystko ze mnie „uciekło”? A nie wyobrażam sobie życia bez pisania… Już teraz jest mi ciężko z tym, że nie piszę.

Przez wiele lat pisanie było integralną częścią mojego życia. A teraz zniknęło i czuję się taka… zwyczajna – bo pisanie dawało mi poczucie może nie tyle niezwykłości, ile oryginalności i pewności, że mam w sobie coś jedynego w swoim rodzaju.

Szczęścia i radości

0

Święta powinny być czasem wyjątkowym, przepełnionym miłością, spokojem i radością. Tego właśnie życzy Wam studentka – abyście te Święta Bożego Narodzenia spędzili tak, jak tego chcecie (byle nie doskonale, bo byłoby nudno!) i żebyście weszli w kolejny rok z nowymi siłami i wiarą, że może być lepiej niż rok wcześniej :)

Do domu na święta

0

Studentka pozdrawia wszystkich wracających do domu na święta! Ja trochę nie po studencku, ale za to z mocnym postanowieniem, że to taka ostatnia rozpusta… przynajmniej w tym roku ;)

image

Autobus 9-3

0

Czyli jak przywiązuję się do ludzi i rzeczy

poranek

Człowiek często przywiązuje się do pewnych ludzi, miejsc, rzeczy, choćby wydawały się najbardziej trywialne czy mało ważne. A przynajmniej ja tak mam J Dlatego zawsze, gdy w moim życiu zachodzą jakiekolwiek zmiany, zdarza mi się wspominać, analizować, a czasami nawet tęsknić do czegoś, co jest już moją przeszłością. A jako że ostatnio zaszło u mnie parę mniej lub też ważniejszych zmian – począwszy od nowej fryzury (a jak wielu dobrze wie, to BARDZO ważna sprawa), a skończywszy na nowej, jak się wydaje zdecydowanie lepszej pracy – zaczęło się moje stałe rozmyślanie…

Kiedy ostatni raz jechałam do mojej byłej już pracy wspomnianym w tytule autobusie nr 93 (lub inaczej dziewięć-trzy), zaczęłam przyglądać się twarzom ludzi, którzy, jak mi się wydawało, byli mi wręcz znajomi. I tak przypatrywałam się panu, którego codziennie spotykałam na przystanku, zawsze jeździliśmy tym samym autobusem, a on wysiadał przystanek przede mną. Do dziś jestem mu wdzięczna, że kiedy raz biegłam na autobus bo zabrakło mi dosłownie 15 sekund, żeby zdążyć, stanął i przytrzymał mi drzwi. Przyglądałam się także panu, który zawsze miał niezadowolona minę i wyglądał na strasznie nieszczęśliwego, a także dwóm kobietom , które co prawda nie wsiadały na tym samym przystanku, ale musiały razem pracować, bo zawsze siedziały razem i rozmawiały. Była jeszcze kobieta z dwójką chłopców, która wydawała się trochę zmęczona życiem, ale zawsze dbała, by jej synowie mieli gdzie usiąść. Na tym samym przystanku co ja wysiadała także młoda dziewczyna ubrana w czerwoną kurtkę – też wydawała się zawsze dość przygnębiona.

Dziwne i głupie? Być może, ale taka właśnie jestem – rozpamiętuję najbłahsze z pozoru wydarzenia, czy to dobre czy nie do końca ;)

Na zdjęciu widzicie krajobraz, jaki ujrzałam pewnego poranka parę dni temu. Ostatnio tak rzadko widuję słońce, że postanowiłam to utrwalić ;)